Co Nowego

Przeczytaj najnowsze artykuły
Indianie nie mogli uwierzyć, że śmiałkowie spłynęli Rio Colca

30-lecie zdobycia Kanionu Colca w Peru przez Polaków

W tym roku obchodzimy 30-lecie jednego z najważniejszych odkryć geograficznych XX wieku. W 1981 roku grupa śmiałków z Jurkiem Majcherczykiem na czele jako pierwsza dokonała eksploracji głębokiego na 4 km kanionu, spływając peruwiańską rzeką Rio Colca.

Prof. Arias, który jako pierwszy napisał o istnieniu Kanionu Colca twierdził, że zdobyć go mogą tylko „eksperci lub szaleńcy, którym sprzyjać będzie szczęście”. Do której grupy zaliczała się drużyna Akademickiego Klubu Turystycznego Bystrze, której Pan przewodził?

Jerzy Majcherczyk: Myślę, że po trosze do obu. Gdy dotarliśmy w rejon kanionu 13 maja 1981 roku, byliśmy dobrze przygotowani do tak trudnego zadania, choć nie do końca świadomi, co nas tam spotka. Zanim przybyliśmy nad Colcę, przez dwa lata spływaliśmy – często jako pierwsi – górskie rzeki Ameryki Północnej, Meksyku, Ameryki Centralnej i Ekwadoru. Na wielu z nich dostaliśmy okrutnie w kość. Podczas spływu Rio Pescado w Meksyku i Rio Pacuare w Kostaryce przez kilka dni przemieszczaliśmy się bez jedzenia i z pogruchotanym sprzętem. Muszę też wspomnieć Rio Marańon w Peru, rzekę-ogrom, którą przepłynęliśmy jak szaleńcy w porze deszczowej, w marcu, na fali powodziowej. Tam nasze szaleństwo zostało wynagrodzone głównie tym, że przeżyliśmy. Gdy po tym wszystkim stanęliśmy u wrót Colci, byliśmy zatem doświadczeni w pływaniu w najtrudniejszych warunkach i na dziewiczych rzekach.

Tubylcy ostrzegali, że na dnie kanionu mieszka diabeł…

JM: Tym diabłem w kanionie są gejzery, które co pewien czas wybuchają z ogromną mocą i to one napędzały wieśniakom takiego stracha. Nam w trakcie spływu napędzało go zupełnie co innego…

Co wzbudziło wasz największy lęk?

JM: Wyzwaniem było już strome i długie zejście na dno kanionu – cały sprzęt i jedzenie na wyprawę załadowaliśmy na własne plecy oraz na muły wynajęte we wsi. Zwierzęta co rusz nam uciekały i zrzucały bagaże.

W trakcie spływu posuwaliśmy się bardzo wolno, a żywności i sił ubywało coraz szybciej. Przez pierwsze dni płynęliśmy, starając się zgrać z rzeką. Chciałem ją wyczuć, gdyż dla mnie rzeka to żywa istota – ma swój charakter, a także i kaprysy. Okazało się to prawie niemożliwe, ze względu na ogromny stopień trudności bystrzy i rozległe zwaliska głazów, które zmuszały nas do żmudnego przenoszenia kajaków i sprzętu. Do tego świadomość, iż jesteśmy odcięci od świata zewnętrznego, zdani sami na siebie… Już drugiego dnia spływu wywrócił się nam ponton, którym oprócz nas samych płynęły sprzęt i jedzenie. Dla mnie, jako kapitana to było ostrzeżenie, że może być jeszcze gorzej. Wtedy zrozumiałem, że skończyła się przyjemność płynięcia, a zaczęła walka o przeżycie. Straciliśmy jeden kajak, a drugi, połamany, posklejaliśmy taśmą. W końcu, rozdarte przez podwodny głaz, pękło dno w pontonie i utopiła się część sprzętu oraz resztki jedzenia… Nie wiedzieliśmy, czy wyjdziemy z tego żywi. Przy życiu trzymała nas jedynie modlitwa. Gdy jedenastego dnia spływu, kompletnie wycieńczeni fizycznie i psychicznie, natrafiliśmy na kilkudziesięciometrowe wodospady, nadaliśmy im imię Jana Pawła II. Ta nazwa obowiązuje do dziś, a do wodospadów prowadzą obecnie szlaki turystyczne.

13 czerwca przepłynęliście ostatnie kilometry rzeki. Jak wyglądało powitanie przez miejscowych? Co pociągnęło za sobą to dokonanie?

JM: Do Arequipy dotarliśmy po 33 wyczerpujących dniach od wyjazdu z tego pięknego i jakże nam pomocnego miasta. Byliśmy bankrutami. W kasie wyprawy mieliśmy niecałe dwa dolary, wszystko zabrały wody Colci. Ale wiedzieliśmy, iż dokonaliśmy czegoś wielkiego, że niebawem świat o tym usłyszy. I tak się stało. W Arequipe, Cuzco i Limie zorganizowano nam konferencje prasowe. Zostaliśmy nawet przyjęci na audiencji u Prezydenta Peru Fernando Belaúnde Terry. Prezydent był zaskoczony i zachwycony naszym odkryciem. Zakwaterowano nas w 5-gwiazdkowym hotelu i poproszono o napisanie relacji z tego wyczynu.I tak 13 grudnia 1981 roku ukazała się w Limie nasza pierwsza książeczka „In kayak through Peru”.Było to możliwe dzięki temu, że przez cały okres eksploracji kanionu systematycznie prowadziłem dziennik.

W 2008 roku postanowił Pan spłynąć 20-kilometrowy odcinek Rio Colci, którego nie udało się Wam zdobyć w 1981.

JM: Kiedy teraz na to patrzę, to cieszę się, że nie podjęliśmy się tego w 1981 roku. Myślę, że wtedy to by nas przerosło. Po wielu latach zdecydowałem się jednak na ten spływ, ponieważ chciałem, aby rzeka od początku do końca była zdobyta przez Polaków.

Czy ekspedycja Colca Condor przypominała Wasz pierwszy wyjazd?

JM: Nie, charakter tej wyprawy był już zupełnie inny. To nie była już studencka przygoda. Tym razem poza eksploracją przyświecały nam cele naukowe. W naszym spływie wziął udział m.in. geolog. Zabraliśmy ze sobą drogi sprzęt i codziennie prowadziliśmy specjalistyczne badania hydrologiczne i geologiczne.

Na spływ odcinkiem Cruz del Condor pojechał Pan z ekipą, w której skład weszli m.in. Pana trzej synowie… Czy to nie było szaleństwo?

JM: Tak określiła to moja żona. Kiedy usłyszała o naszym pomyśle, wzięła na stronę każdego z synów, by dowiedzieć się, czy to ja nie wymusiłem na nich udziału w ekspedycji…

Jaki był najtrudniejszy moment tej drugiej wyprawy?

JM: Los chciał, że najbardziej niebezpieczne zdarzenie miało miejsce w Dzień Ojca, 21 czerwca 2009 r. Tego dnia na rzece mało brakowało, a jeden z moich synów straciłby życie. Niesamowite jest to, że kilka dni wcześniej miejscowy szaman ostrzegł mnie przed takim niebezpieczeństwem.

Podczas tej szamańskiej ceremonii obecni byli wszyscy uczestnicy wyprawy poza tym właśnie synem. Wszyscy zostali „zaakceptowani” przez szamana do uczestniczenia w wyprawie. Zapytałem go, co mam zrobić z tym jednym nieobecnym uczestnikiem – szaman nie wiedział, że jest nim mój syn. Wtedy on poprosił mnie, abym dał mu jakąś rzecz czy część ubrania tej osoby. Na jego kombinezon szaman nasypał kilkanaście listków coca i pokropił napojem chicha. Następnie zwinął ubranie i mocno je przytulił do siebie. Po chwili wprowadził swoje ciało w pewien rytm kołysania, wsparty szeptaniem tajemniczych słów w języku quechua. Trwało to blisko pół godziny. Następnie usłyszałem takie zdanie (przetłumaczone z języka quechua na hiszpański przez jego syna): twój chory syn może wyzdrowieć do jutra i wziąć udział w wyprawie, mimo iż matka ziemia nie jest mu przychylna. Tylko jeżeli ty będziesz tego bardzo chciał, tylko twoja miłość do niego i twoje zasługi dla tej ziemi mogą go uratować. Ale ty musisz o tym zadecydować…Z tą decyzją zostałem do rana na dnie kanionu. Syn wziął udział w wyprawie i dzięki Bogu przeżył, ale co wtedy przeszedłem, wiem tylko ja.

Dzięki Waszemu odkryciu nad Kanion Colca przybywa obecnie prawie tylu turystów, co do Machu Picchu!

JM: Kanion przyciąga zarówno zorganizowane wycieczki, jak i turystów podróżujących z plecakiem. Dla pierwszej grupy przygotowano punkty widokowe na krawędzi kanionu. Dla drugich liczne trasy trekkingowe z możliwością noclegu w wioskach rozsianych w dolinie lub pod gołym niebem w kanionie. Istnieje także możliwość odbycia kilkugodzinnego komercyjnego spływu Rio Mahez, w którą przechodzi Colca po wyjściu z kanionu.

A jeśli komuś marzy się spłynięcie samym kanionem?

JM: Żeby wziąć udział w spływie pod opieką przewodnika, trzeba się legitymować konkretnymi umiejętnościami kajakarskimi i być przygotowanym na wydatek rzędu 3 tys. dolarów.

Rosnąca liczba turystów pociąga za sobą dynamiczny rozwój regionu, ale niekoniecznie w korzystnym dla Kanionu Colca kierunku…

JM: To moja największa bolączka. W dzikim i dziewiczym niegdyś kanionie buduje się obecnie mosty i drogi, które nie tylko naruszają jego strukturę, ale niszczą siedliska kondorów – jednej z głównych atrakcji tego regionu.

W tym roku przypada-30 lecie Waszej wyprawy. Jak będzie świętowana ta data?

JM: Z tej okazji nie planuję hucznych obchodów. W okrągłą rocznicę pragnę jedynie zwrócić uwagę miejscowych oraz mediów na całym świecie na czarne chmury gromadzące się nad Rio Colca.Moim jedynym życzeniem jest zaprzestanie dewastacji środowiska naturalnego w obrębie odkrytego przez nas kanionu.

Autor: Agata Winnicka. Przeczytaj caly wywiad: Peru: Kanion Colca zdobyty przez Polaków.

Otwarcie Wystawy Polacy W Peru

Wystawa „Kanion Colca – Polacy w Peru”

Pierwsza w Europie stała wystawa „Kanion Colca – Polacy w Peru” znajduje się w Miejsko – Gminnym Ośrodku Kultury w Siewierzu.

“Wystawa dokumentuje odkrycie w 1981 r., przez 5 uczestników – wśród nich Jurka Majcherczyka, studenckiej wyprawy kajakowej Canoandes 1979, dla kajakarstwa i turystyki najgłębszego kanionu na Ziemi – Colca w Peru oraz późniejsze jego badania ze znaczącym udziałem Yurka, jak nazywają go w Peru i w USA gdzie mieszka.

O tamtej oraz następnych badawczych wyprawach do Kanionu w latach 2008 – 2009 i zagrożeniach, jakie dla tego unikatowego miejsca stanowi bezmyślna budowa nad nim oraz w jego okolicach mostów, „nowoczesnych” dróg i linii wysokiego napięcia mówił, oczywiście, Jurek Majcherczyk. Ze swadą, głęboką znajomością tematu, prezentacją licznych zdjęć.

Polska Wyprawa Kajakowa CANOANDES ’79 rozpoczęła spływ rzeką Colca w jej kanionie 19 maja, a zakończyła 14 czerwca 1981 r.

Jej uczestnicy nadali wodospadom na rzece – było to, przypomniał nasz kolega, a zarazem tego dnia oficjalny gość, w kilka dni po zamachu Alego Agcy na polskiego papieża na placu św. Piotra w Watykanie, nazwę „Wodospady Jana Pawła II” potwierdzoną następnie przez władze peruwiańskie. Późniejsze badania i pomiary rzeki oraz jej kanionu, dokonane zwłaszcza podczas Polsko – Amerykańsko – Peruwiańskich Wypraw Naukowych w 2008 i 2009 roku pozwoliły ustalić, że kanion ma całkowitą długość 120 km.

Z czego najkrótszy, a zarazem najpłytszy, 20 km odcinek „Cruz del Condor” ( Krzyż kondora ) nazwany został od górującej nad nim skały o takiej właśnie nazwie. 44 km odcinek drugi „Cabanaconde de Canco” w którym znajdują się najwyższe na całej rzece, wspomniane już „Wodospady Jana Pawła II”, jest trudniej dostępny. Natomiast najgłębsza: 4.388 m ściana prawa – północna i 3.232 m ściana lewa – południowa, a zarazem najtrudniej dostępna, 56 – km długości część całego kanionu, nosi nazwę „Canco de Andamayo”.

Cañon del Colca, jak nazywa się on po hiszpańsku, znajduje się 100 km na północ od ważnego, zabytkowego miasta Arequipa w południowym Peru. Kanion Colca jest obecnie, po znajdującym się na liście współczesnych „7 cudów świata” mieście Inków Machu Picchu, na drugim miejscu wśród największych atrakcji turystycznych Peru.

W związanej z nim infrastrukturze pracuje około 7 tys. osób, a do stanowiącej do niego punkt wypadowy Arequipy przyjeżdża rocznie po ok. 100 tys. turystów. Oglądają oni Kanion z góry, spod Krzyża kondora – jest to widok fascynujący, byliśmy tam podczas jednej z wypraw „Globtrotera”, a także z brzegów rzeki Colca w łatwiej dostępnych miejscach jej doliny.

Sporo uwagi Jurek poświęcił zagrożeniom, jakie dla kanionu i piękna tego unikatowego miejsca na naszej planecie stanowi, w rezultacie bezmyślności lokalnych władz ulegających biznesowi – odkryto tam bogate żyły złota – pozwalających na „cywilizowanie” okolic kanionu w postaci budowy nad nim mostów, obok dróg i linii wysokiego napięcia.

A także mobilizowaniu przez niego – z pierwszymi pozytywnymi skutkami, bo świadomość zagrożeń interesów tamtejszej ludności indiańskiej już do niej zaczyna docierać – społeczności międzynarodowej do przeciwstawienia się planom tego rodzaju inwestycji. Jurek jest organizatorem wycieczek i wypraw zarówno do Peru jak i w inne atrakcyjne regiony świata. Szczegóły znaleźć można na: www.classic-travel.com.

 

Mario Vargas Llosa na ratunek kanionowi Colca!

Noblista Mario Vargas Llosa popiera mieszkańców Arequipy

(Korespondencja MY21.pl z Peru)

Jerzemu Majcherczykowi, jednemu z odkrywców Kanionu Colca – najgłębszego na Ziemi, nic tak nie leży na sercu, jak uratowanie go przed zgubnymi wpływami cywilizacji. Tymczasem do Kanionu wkroczyły ekipy budowlane z ciężkim sprzętem, które wytyczają nowe drogi, wycinają wielkie bloki skalne i stawiają słupy sieci wysokiego napięcia. Tempo prac przybrało na sile zwłaszcza w ubiegłym roku, a stało się to znienacka, w iście kolonialnym stylu, bez pytania okolicznych mieszkańców i uświadomienia im niebezpieczeństw takiego postępowania.

Regionalne władze sobie, a mieszkańcy okolicznych wiosek – sobie. Jednak dopiero budowa wież wysokiego napięcia otworzyła im oczy na zagrożenia, jakie niosą one dla ich zdrowia i egzystencji. To zmobilizowało ich do działania, czasem nawet przybierającego ostre formy.

Dopiero teraz, podobnie jak Majcherczyk, podzielają pogląd, że Kanion Colca powinien być parkiem narodowym i przynosić Peru zyski jako niewątpliwa atrakcja turystyczna i miejsce niezkażone cywilizacją. Dlatego też rozpoczęli demonstracje, które z Kanionu przeniosły się do Arequipy i trwały tam trzy dni. Na transparentach można było przeczytać m.in. hasła: „Razem zjednoczeni uratujemy Kanion Colca”, „Huambo w strajku głodowym” czy „Transmantaro niszczyciel Kanionu Colca” (Transmantaro to firma instalująca wieże wysokiego naopięcia). W rynku, przed miejscową katedrą kilkunastu Indian prowadziło strajk głodowy, a wielu – na znak protestu – przykuło się do krat.

Co osiągnęli?  Tyle, że sprawą zainteresowała się międzyresortowa komisja z Limy. Eksperci z kilku ministerstw popatrzyli, pokiwali głowami i… odjechali, mgliście obiecując, że niebawem się odezwą. W tej sytuacji miejscowi Indianie postanowili zaprosić obrońcę kanionu, którego dobrze znają, gdyż od 1981 r. przyjeżdża do nich regularnie, nie zważając na teroryzm „Świetlanej ścieżki” czy inne przeciwności.

Na zaproszenie Majcherczyk zareagował natychmiast i już po tygodniu przylecial do Arequipy, aby na własne oczy zobaczyć co się dzieje. W tym samym czasie w Arequipie przebywał z wizytą Mario Vargas Llosa, laureat literackiej Nagrody Nobla, pierwszy w historii Peruwiańczyk, który ją otrzymał. Warto dodać, że Arequipa to jego rodzinne miasto, a imieniem Marioa Vargasa Llosy nazwano ulicę, przy której się urodził.

Jerzy Majcherczyk i Mario Vargas Llosa
24 marca br. w Arequipie doszło do wcześniej umówionego spotkania Majcherczyka z noblistą. Okazało się, że Llosa bardzo dobrze pamięta Jurka, którego po raz pierwszy poznał w grudniu 1981 r. w czasie organizowania marszu Solidarności w Limie, a później spotykali się na targach książki w Warszawie. W czasie obecnego spotkania, w którym uczestniczyli także gubernator departamentu Arequipa dr. Juan Manuel Guillen i burmistrz Arequipy Alfredo Zegarra Tejada, Jerzy Majcherczyk stwierdził wprost, że miejscowe władze nie wiedzą co czynią, niszcząc przyszłość tego rejonu. Działają po omacku, bez przeprowadzenia żadnego studium, jakie te działania będą miały wpływ na środowisko naturalne, a szczególnie na kondory, których największa populacja w całych Andach zamieszkuje właśnie Kanion Colca. Zarzucił też władzom zupełny brak planu rozwoju turystyki i ochrony środowiska całego rejonu.

Mario Vargas Llosa słuchał tej wypowiedzi z wielką uwagą. Majcherczyk poprosil go, aby swoim autorytetem wsparł akcję ratowania kanionu i dodał: „… prawie 30 lat temu wspomógł pan naszą akcję w Limie na rzecz Solidarności i narodu polskiego, protestując ramię w ramię z nami przeciw stanowi wojennemu w Polsce, teraz zaś proszę o wspomożenie akcji, której celem jest ratowanie pana ojczystej ziemi, którą przecież kocha pan jak ja…”. Vargas Llosa był tymi słowami ogromnie poruszony i obiecał, że przeczyta otrzymaną od Jurka ksiażkę.

Rezultaty wyprawy naukowej Colca Condor 2008/09, zawierającą również opis postępu prac w budowie dróg i mostów wewnątrz Kanionu. Poprosił również Majcherczyka o przesłanie raportu z jego aktualnej podróży do Kanionu Colca i okolicznych wiosek. Dopiero na tej podstawie przystąpi do działań mających na celu ratowanie od zniszczenia kanionu Colca i okolicy.

Wygląda jednak na to, że Majcherczyk i mieszkańcy okolic Kanionu pozyskali dla swojej sprawy wielkiego orędownika.

Relacjonował Jerzy Stolarek

Mario Vargas Llosa popiera mieszkańców Arequipy Z noblistą na ratunek kanionowi!

Page 28 of 35« First...10202627282930...Last »